Małe dzieci a posiłki – 8 ważnych zasad

Małe dzieci a posiłki – 8 ważnych zasad

Kiedy dziecko kończy pół roku (a nawet trochę wcześniej) każda mama zastanawia się w jaki sposób rozszerzać jego jadłospis, co podawać oprócz mleka, żeby dziecku dostarczyć wszystkich niezbędnych składników, a przede wszystkim, żeby mu nie zaszkodzić. Z pomocą przychodzą producenci kaszek, zupek, mleka modyfikowanego.
W internecie co prawda porad jest wiele, ale najbardziej przebijają się te od w/w producentów (spróbujcie wpisać w gogle „rozszerzanie diety niemowlaka”). Czy podane przez nich informacje są rzetelne? Śmiem twierdzić, że nie do końca, bo sugerują wcześniejsze wprowadzanie stałych pokarmów niż jest to zalecane przez WHO. C

zy działają skutecznie? Śmiem twierdzić, że nawet bardzo, bo nie znam mamy, która choćby nie próbowała podawać swemu dziecku słoiczkowych zupek czy proszkowych kaszek. Książkowa wiedza niestety nie zawsze sprawdza się w konfrontacji z rzeczywistością. Nagle okazuje się, że dziecko chce jeść tylko rosół z makaronem, albo tylko potrawy, które może wziąć do rączki. Może mieć upodobania jedynie do zup w kolorze czerwonym albo od rana do nocy posilać się wyłącznie kaszkami. Upodobania jedzeniowe dzieci potrafią być naprawdę dziwne. W żadnym poradniku jednak, ani na żadnym forum parentingowym nie znalazłam informacji o tym kiedy dziecku można dawać słodycze, w jakiej ilości i jakiego rodzaju.

Zdrowy rozsądek podpowiada, żeby było to jak najpóźniej i żeby były one jak najbardziej naturalne, ale jak wygląda praktyka? Pierwsze spotkanie dziecka ze słodyczami ma miejsce najczęściej za sprawą cioć i babć. Zwłaszcza tym drugim można powtarzać, że dziecko wcale nie potrzebuje kawałka czekolady, żeby być szczęśliwym, że ma alergię np. na soję, której śladowe ilości są w ciasteczkach, że zęby się będą psuły od lizaków, jednak babcie bardzo szybko zapominają o naszych zaleceniach i podsuwają wnukom kolejnego cukiereczka.

Ja zawsze sprzeciwiałam się częstowaniu moich dzieci słodyczami. Mikołaj miał skończone dwa lata gdy po raz pierwszy spróbował czekoladę, wcześniej jadł herbatniki, biszkopty, ciasta upieczone przeze mnie czy chrupki kukurydziane. Nie miał styczności ze starszymi dziećmi, więc nie miał też słodkich pokus. Długo, długo nie pił też coca-coli (pierwszy raz jako czterolatek bodajże i to taką odgazowaną, gdy miał jakąś niestrawność) ani żadnych innych gazowanych napojów. Gdy Mikołaj miał 4 lata przyjechali do nas na grilla znajomi z dziećmi mniej więcej w wieku Mikołaja. Znajomi przywieźli dla Mika chipsy, takie prawdziwe, nie te udawane chrupki smakowe.

To był pierwszy raz, gdy synek jadł takie rzeczy, no bo jak mu zabronić spróbowania czegoś, co jedzą jego koledzy? Od tamtej pory bardzo lubi takie chipsy, nad czym niezmiernie ubolewam. Mimo, że przez długi czas udawało mi się unikać podawania synowi sklepowych słodyczy to w pewnym momencie stało się to niezwykle trudne. Chyba wtedy, gdy Mik poszedł do przedszkola i zobaczył, że rodzice już w szatni częstują swe dzieci cukierkami. No i tak zostało, że słodycze je codziennie lub niemalże codziennie. Nie są to jakieś duże ilości, ale jednak zjada słodycze każdego dnia. Tymona uchroniłam przed słodkościami przez rok, później zaczął dostawać pierwsze czekoladki a teraz na widok świątecznych pierników dostaje szału. Przez wiele, wiele lat mój starszy syn był strasznym niejadkiem. Spożywał bardzo małe ilości jedzenia i to tylko tego, które w danym momencie lubił.

Żeby się więc nie frustrować, żeby nie odczuwać na każdym kroku macierzyńskiej porażki postanowiłam karmić mojego syna tym co ja uważam za słuszne, ale w takich ilościach jakie on uważał za słuszne. Dodatkowo wraz z mężem ustaliliśmy pewne zasady, które obowiązują po dziś dzień a które to bardzo fajnie się sprawdzają. Zasady te (wymienię je poniżej) nie sprawiły, że mój syn zaczął jeść więcej, że zaczął przybierać na wadze, że stał się zdrowszy. Ale pozbawiły mnie wyrzutów sumienia, że źle karmię dziecko, sprawiły , że spędzamy posiłki w miłej atmosferze i dały nadzieje, że w przyszłości mój syn będzie kontynuował wyniesione z domu wzorce. Nie wiem, czy od tego przybierze na wadze, ale przynajmniej nie nabawi się tak szybko wrzodów żołądka;)

Zasada numer 1- Wspólne jedzenie posiłków. Jeśli to możliwe to wszyscy siadamy do stołu w tym samym czasie. Nawet jeśli nie jestem głodna, nawet jeśli jadłam wcześniej, to siadam z synkiem przy stole i albo nakładam sobie symboliczną porcję na talerz, albo tylko piję herbatę.

Zasada numer 2- Żadnych rozpraszaczy uwagi! Telefony odkładamy, telewizor wyłączamy (zresztą nie spożywamy posiłków w pomieszczeniu, gdzie jest telewizor), ewentualnie może sobie grać cicho muzyczka.

Zasada numer 3- Czas posiłku to czas skupienia uwagi. Kiedy jemy nie można biegać, skakać, głośno się śmiać (grozi zakrztuszeniem), bawić się. Można za to zrobić z sosu ocean, z ziemniaków wyspę a z surówki statek.

Zasada numer 4- Czas posiłku to czas rozmowy. Między kęsami można tyle dowiedzieć się o dziecku! Zwłaszcza, kiedy zagaduje mnie, bo coś tam mu nie smakuje i próbuje odwrócić moją uwagę.

Zasada numer 5- Do każdego posiłku jemy warzywo lub owoc. Kurcze, nie sądziłam, że takie ciągłe naleganie, proszenie, namawianie zda egzamin. Pewnie dużą zasługą jest prowadzony w naszym przedszkolu program Akademia Zdrowego Przedszkolaka (nie chwaląc się to ja wpakowałam w ten program naszą placówkę). Doszło do tego, że kiedy pytam Mika z czym mu zrobić kanapkę to zawsze wymienia jakieś warzywo 😉

Zasada numer 6- Nakładamy sobie na talerz tyle ile zjemy. Nawet, jeśli to miałby być tylko jeden ziemniaczek. Po prostu nie lubię marnować jedzenia. Dokładki oczywiście mile widziane.

Zasada numer 7- Dziękujemy za posiłek. Mik zawsze pyta czy może już lecieć. My jeszcze musimy pozmywać naczynia…

Zasada numer 8- Słodycze można dostać tylko po uprzednim poproszeniu. Nie ma co prosić o słodycze, jeśli nie zjadło się obiadu (i nie jakichś gigantycznych ilości, ale chociażby kilku łyżek zupy). Ilość słodyczy oczywiście jest proporcjonalna do ilości zjedzonego posiłku.

Dla większości z Was to pewnie oczywiste zasady, jak się jednak przekonałam i obserwując dzieci znajomych i podglądając programy z udziałem małych dzieci nie są one praktykowane we wszystkich domach. Często dzieciaki jedzą same a mamy w tym czasie krzątają się w kuchni (robią drugie danie, zmywają), pociechy są karmione w trakcie oglądania bajki, bo są wtedy tak zapatrzone, że zjedzą dosłownie wszystko lub biega się za dzieckiem z łyżeczką po całym domu. Faktem jest, że taki maluch zjada wtedy więcej, może nawet mieści się na siatce centylowej ze wzrostem i wagą? Ale ja wolę te nasze rytualne niespieszne obiadki. A po obiedzie obowiązkowa kawa i coś słodkiego. W końcu coś nam się od życia należy 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.